Dragon’s Lair kończy 40 lat!

Arkadowa zręcznościówka i realizacja marzeń Dona Blutha na interaktywną animowaną opowieść zadebiutowała 19 czerwca 1983 (nie na całym świecie, niestety). Gra miała budżet 3 miliony dolarów i wykorzysytwała nowoczesną wówczas technologię LaserDisc. W lipcu 1983 na rynku było 1000 automatów “Dragon’s Lair”, a 7500 czekało na zmontowanie. Założone na potrzeby produkcji studio Cinematronics do lutego 1984 roku zarobiło 32 million dolarów (to – biorąc pod uwagę inflację – około 8 miliony dziś). Sukces przyczynił się do szybkiej realizacji drugiej odsłony.

Rozgrywka była dość mało emocjonująca i w sumie krótka, a sprowadzała się do czegoś, co dziś zwiemy quick time events (QTE), ale jakość grafiki oraz humor przyczyniały się do wielkiej popularności automatów, która z czasem dotarła też do polski.

Pomysł Blutha wynikał z marzeń o stworzeniu interaktywnej bajki. Don pracował wszak dla Disneya, miał na swoim koncie filmowe hity i w 1981 roku zapragnął połączyć magię animacji z magią gier. Stworzyć bajkę, w której bierze się udział. Mechanika była zatem prosta – wychylenia joysticka czy kliknięcie przycisku w odpowiednim momencie przerywało opowieść i pokazywało animację śmierci, zwykle względnie zabawnej.

Fabuła serii opowiada o przygodach rycerza (Dirk The Daring, czyli Śmiały). Wyrusza on do zamku czarownika, w którym zły smok uwięził księżniczkę. W części drugiej (pojawiła się w 1984 roku) Daphne porywa czarodziej Mordoc, a Dirk przy użyciu maszyny czasu podąża jego śladami, pragnąc uratować ukochaną…

Obie części “Dragon’s Lair” doczekały się licznych konwersji – przed laty i całkiem niedawno. Niektóre wersje zyskiwały uzupełnienia, jak choćby poziom trudności czy liczba “żyć”. A część druga została nawet podzielona na dwie („Dragon’s Lair 2: Time Warp” i „Dragon’s Lair 3: The Curse of the Mordread”).

Ekstremalne historie

W 2014 roku tak wspominałem moje spotkanie z grą Blutha w PSX Extreme w materiale z cyklu “Ekstremalne historie”:

A zatem jesteście ciekawi, jak to się kiedyś grało? Pewnie, opowiem Wam. Ja zacząłem ekstremalnie, na papierze. Potem dostaliśmy super rzecz – telewizyjną grę z Pewexu. 10 różnych wersji Ponga w czerni i bieli. Mówię Wam, grało się na maksa i ekstremalnie. Aż do znudzenia machaliśmy gałkami. Kiedy cały growy świat ekscytował się wejściem na rynek produkcji E.T. the Extraterrestrial, my trzaskaliśmy w tenisa, znaczy w Ponga. Gdy do sprzedaży trafiło 4 miliony kartridży z E.T., my łupaliśmy w siatkówkę, czyli w Ponga. Gdy 2 miliony tychże znalazło nabywców, my pykaliśmy w hokej, czyli w Ponga. Gdy klienci zwrócili milion E.T. i gdy kartridże zakopano na pustyni, my rżnęliśmy w football, czyli w Ponga. A potem zdarzył się cud…

W 1986 roku mieliśmy pełną przygód wycieczkę na zgniły Zachód. Wraz z bratem i rodzicami trafiliśmy do wesołego miasteczka z prawdziwego zdarzenia. Wiecie, nie takiego z łańcuchówką i karuzelą z konikami, ale z rollercoasterami i domem strachów z prawdziwego zdarzenia. Niemniej myśmy utknęli w części z automatami.

Owszem, arkadówki były mi znane już wówczas. Wiecie, u nas wtedy można było pograć na automatach w budach. Hitów było podówczas co niemiara – Asteroids czy Galaxian sprzed 5 lat i podobne zapomniane już na Zachodzie tytuły mające nawet więcej lat. Tu zaś trafiliśmy do zupełnie innego świata. Mnóstwo ludzi, dziesiątki automatów. Z pistoletami, samochodami czy peryskopami. Grafika zapierała dech w piersiach. Emocje graczy robiły wrażenie.

I wiecie co? Nie pamiętam na jakim automacie przegraliśmy równowartość naszej miesięczniówki. Nie pamiętam, czy graliśmy w jedną, dwie czy aż trzy arkadówki. Pamiętam za to doskonale, jaka gra przykuła uwagę większości odwiedzających przybytek.

Jedna osoba grała, a wszyscy obserwowali z różnych stron, pod różnymi kontami i na różne sposoby niesamowitą, świetnie animowaną opowieść o rycerzu w żółto-czerwonym kubraczku, z metalowym hełmem na głowie i dużym nosem. Rycerz ów głównie giną na różne, wyrafinowane sposoby. Publiczność podpowiadała grającemu, co ma robić, a ten się wściekał, klął i wygrażał automatowi.

Dziś wiem już, że była to zapewne druga odsłona Dragon’s Lair, czyli filmowej gry disnejowskiego animatora Dona Blutha, którego kreskówki wciąż uwielbiam i z dzieciakami oglądam, a które i Wam polecam. A może i pierwsza? Niemniej automat był nowi i bardzo oblegany.

W naszym czarno-białym świecie Ponga był to pierwszy przebłysk growych możliwości. Drugi pojawił się na tym samym wyjeździe, a to za sprawą spotkania z Atarynką. Ale to już opowieść na inną okazję…

holistyczny