Gry są wszędzie (znów)

Bardzo lubię góry – nie tylko na nie wchodzić, ale również o nich czytać. Nie zamierzam wchodzić na ośmiotysięczniki, ale czasem podziwiam tych, którzy mają na to odwagę.

Czytając Reportaż Bartka Dobrocha i Przemka Wilczyńskiego zatytułowany “Broad Peak” o tragedii z 2013 roku (tej z Bieleckim, Małkiem, Kowalskim i Berbeką w rolach głównych) natrafiłem na taką wzmiankę o Arturze Hajzerze:

– Jak coś robił, to na maksa. Jeżeli coś, jakaś nowość, cokolwiek go wciągnęło, abstrahując od skali tego – to mogła być gra komputerowa, pies, nauka nepalskiego, firma, czy potem PHZ-et – jak już wszedł w to, to do samego dna. Albo raczej od dna do szczytu. Musiał być natychmiast najlepszy. Jego pies musiał być najlepiej wytresowany, nepalski bezbłędny, gra komputerowa na najwyższym poziomie, zdobyty jakiś „level 2000”. A potem, jak już to zostało zrobione, porzucał to. Albo przynajmniej tracił zainteresowanie. Na zasadzie: zrobione, przechodzę do następnego. Tak podchodził do różnych życiowych spraw. To było czasami dość męczące dla nas jako rodziny. Bo nawet jeżeli to była ta gra komputerowa, spędzał nad nią czas do trzeciej w nocy.

Hajzer, który zginął w górach (jak wielu innych), to m.in. twórca i szef programu Polski Himalaizm Zimowy 2010–2015, kierownik wypraw działających w ramach tego projektu, współzałożyciel i były prezes (wraz z Januszem Majerem) nieistniejącej już firmy produkującej odzież outdoorową oraz sprzęt turystyczny i wspinaczkowy, oczywiście zdobywca wielu szczytów – m.in. pierwsze zimowe wejście na Annapurnę. (za wiki)

holistyczny